Strona główna Prawo medyczne „Najgłośniej” nie znaczy „w imieniu wszystkich” – komentarz do sporu o medycynę...

„Najgłośniej” nie znaczy „w imieniu wszystkich” – komentarz do sporu o medycynę estetyczno-naprawczą

Apele, komunikaty w mediach społecznościowych, happeningi internetowe, zapowiedzi nowych ustaw. Lajk stał się w tej debacie czymś w rodzaju pełnomocnictwa, a liczba obserwujących miarą reprezentatywności. Spór o to, kto może podawać kwas hialuronowy, toksynę botulinową i wykonywać zabiegi laserowe, znów zaczął toczyć się bardzo głośno. Głośność nie tworzy jednak uprawnień. O tym, kto może udzielać świadczeń zdrowotnych, decydują przepisy, a te od kilku lat zmierzają w jedną stronę. Poniżej wyjaśniam, dlaczego argument o wieloletniej legalności takich zabiegów nie ma oparcia w prawie i co z tego wynika dla pacjentów, lekarzy i organizatorów szkoleń.

Przepisy od pięciu lat mówią jedno

W ostatnich latach przepisy i stanowiska organów konsekwentnie zmierzały w tę samą stronę. Naczelna Rada Lekarska w uchwale nr 5/21/VIII i stanowisku nr 1/21/VIII z 29 stycznia 2021 r. przyjęła, że medycyna estetyczna obejmuje świadczenia zdrowotne wiążące się z ingerencją w tkanki, udzielane przez lekarzy i lekarzy dentystów. Kilka miesięcy później Prezydium NRL w stanowisku nr 48/21/P-VIII z 15 kwietnia 2021 r. odniosło się do kompetencji potrzebnych do wykonywania tych procedur.

Rozporządzenie Ministra Zdrowia z 13 czerwca 2023 r. w sprawie umiejętności zawodowych lekarzy i lekarzy dentystów wprowadziło umiejętność „medycyna estetyczno-naprawcza” (kod 028). Minimalny standard certyfikacji, zatwierdzony przez Ministra Zdrowia i opublikowany przez Centrum Medyczne Kształcenia Podyplomowego, wymienia procedury wchodzące w jej zakres: zabiegi iniekcyjne, nici, osocze bogatopłytkowe, a także zabiegi z użyciem laserów, IPL, radiofrekwencji i HIFU.

W komunikacie z 23 stycznia 2026 r. (sygn. RKLU.81223.2.2026.BB) Minister Zdrowia potwierdził, że są to świadczenia zdrowotne o podwyższonym ryzyku powikłań, a osobą nieuprawnioną do ich wykonywania jest każdy, kto nie ma kwalifikacji zawodowych lekarza, nawet jeśli ukończył szkolenia i uzyskał certyfikaty. W marcu 2026 r. resort dodał, że nie przewiduje okresu przejściowego dla przedsiębiorców, którzy dotąd wykonywali część tych procedur bez uprawnień.

Kolejnym krokiem jest projekt nowelizacji ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty z 3 czerwca 2026 r. (RCL, nr 12411050). Definicja wykonywania zawodu lekarza w art. 2 ust. 1 ma zostać uzupełniona o udzielanie innych świadczeń zdrowotnych mających na celu zapewnienie pacjentowi dobrostanu fizycznego, psychicznego lub społecznego. Uzasadnienie projektu wymienia wprost zabiegi z zakresu medycyny estetycznej. Prezydium NRL nie zgłosiło do tej zmiany zastrzeżeń i uznało ją za zgodną z definicją zdrowia przyjętą przez Światową Organizację Zdrowia. Samorząd lekarski miał więc wyraźny udział w dojściu do obecnego stanu, a kierunek zmian jest spójny od pięciu lat.

Głośno, tylko w którą stronę?

Równolegle w debacie publicznej formułowane są postulaty idące w odwrotnym kierunku. Z informacji opublikowanej 20 listopada 2025 r. na portalu beautyrazem.pl wynika, że Fundacja Beauty Razem w apelu z 7 listopada 2025 r. wniosła o wykreślenie z rozporządzenia umiejętności o kodzie 028. Według relacji z posiedzenia parlamentarnego zespołu, zamieszczonej na tym samym portalu 3 sierpnia 2026 r., prezes Fundacji stwierdził, że kosmetolodzy wykonywali te zabiegi legalnie od ponad ćwierć wieku, a państwo zawarło z nimi w tym zakresie umowę społeczną.

W komunikacie prezesa Fundacji rozpowszechnianym w mediach społecznościowych przedstawiono dwa warianty. W pierwszym zabiegi estetyczne byłyby zastrzeżone dla kosmetologów, z zakazem wykonywania ich przez lekarzy. W drugim kosmetolodzy i pielęgniarki wykonywaliby zabiegi iniekcyjne i z użyciem urządzeń na równi z lekarzami. Zapowiadany jest też projekt ustawy o zawodzie kosmetologa, a według Fundacji jej postulaty zostały 24 września 2026 r. przekazane Prezesowi Rady Ministrów.

Środowisko kosmetologów nie mówi w tej sprawie jednym głosem. Działają inne organizacje, m.in. Koalicja dla Bezpieczeństwa i Rozwoju Kosmetologii z udziałem Izby Kosmetologów, które prowadzą własne rozmowy z ministerstwami i odcinają się od tych działań medialnych. Zanim organy publiczne uznają czyjeś postulaty za stanowisko całej branży, powinny ustalić, kogo dana organizacja faktycznie reprezentuje. Jest też kwestia właściwości. Zespół Roboczy ds. Kosmetologii przy Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców, któremu od lipca 2026 r. przewodniczy prezes Fundacji, jest gremium doradczym w sprawach gospodarczych, a przecież o zakresie świadczeń zdrowotnych, czy szerzej – procedur medycznych, decyduje Minister Zdrowia.

„Robimy to od ćwierć wieku”. I co z tego wynika?

Teza o ćwierćwieczu legalnego wykonywania tych zabiegów przez kosmetologów nie ma oparcia w przepisach. Żaden akt prawny nie przyznał kosmetologom uprawnień do udzielania świadczeń zdrowotnych, w tym do wykonywania iniekcji, stosowania produktów leczniczych, wyrobów medycznych „wysokich” kategorii, kwalifikowania pacjenta do zabiegu ingerującego w tkanki ani leczenia powikłań. Kosmetolog nie jest zawodem medycznym i zgodnie z celem jego powołania nie miał nim być. Wykonywanie takich procedur ukształtowało się poza systemem prawnym, bez nadzoru właściwego dla świadczeń zdrowotnych, i dopiero później zaczęło być przedstawiane jako stan zastany. To, że coś robi się od lat, nie tworzy uprawnienia, a certyfikat z kursu nie zastępuje kwalifikacji zawodowych.

Nie podważam wykształcenia kosmetologów ani ich roli w zabiegach kosmetologicznych. Kosmetolodzy są świetnie wykształconymi fachowcami, których nie może zabraknąć na tzw. rynku beaty.  Procedury medycyny estetyczno-naprawczej do tej grupy jednak nie należą. Przekonywanie pacjentów, że podanie wypełniacza lub toksyny botulinowej albo zabieg laserowy jest usługą kosmetyczną niskiego ryzyka, a certyfikat szkoleniowy daje uprawnienia, naraża ich zdrowie.

Rozmowę o bezpieczeństwie procedur medycznych trzeba prowadzić z perspektywy osób, które z nich korzystają, a nie interesów którejkolwiek grupy zawodowej, także lekarzy. Wymóg posiadania odpowiednich kwalifikacji nikomu nie zamyka drogi do zawodu. Prawo wykonywania zawodu lekarza może uzyskać każdy, kto spełni te same wymogi kształcenia, więc chodzi o jednakowy dla wszystkich standard, a nie o ograniczanie wolności wyboru zawodu czy działalności gospodarczej. Ochrona zdrowia jest wartością konstytucyjną (art. 68 ust. 1 Konstytucji RP) i uzasadnia wymaganie kwalifikacji od każdego, kto wykonuje zabiegi ingerujące w integralność cielesną człowieka.

Bezpieczny zabieg zaczyna się przed pierwszym wkłuciem

Bezpieczeństwo pacjenta zależy od całego procesu, a sprawność techniczna wykonującego jest tylko jego częścią. Trzeba zebrać wywiad, zbadać pacjenta, ocenić przeciwwskazania i rozpoznać ewentualne choroby skóry, dobrać metodę oraz produkt leczniczy lub wyrób medyczny, wykonać zabieg w warunkach aseptyki, obserwować pacjenta po zabiegu, rozpoznać i leczyć powikłania, prowadzić dokumentację i zapewnić ciągłość opieki. Zabieg wykonany poprawnie technicznie nie jest bezpieczny, jeśli wykonujący nie potrafi ocenić, czy pacjent mógł zostać do niego zakwalifikowany, albo nie umie zareagować, gdy dojdzie do powikłania.

Kto płaci, gdy coś pójdzie nie tak?

Wypełniacz podany w okolicę nosa. Po kilku minutach skóra w tym miejscu blednie, pacjentka zgłasza silny ból. To może być zamknięcie naczynia, a liczy się czas. Lekarz w takiej sytuacji podaje hialuronidazę i prowadzi pacjenta dalej. Osoba bez uprawnień może jedynie wezwać pomoc.

Lekarz wykonujący zabieg ma uprawnienia i obowiązek leczenia powikłań. Podaje hialuronidazę przy zamknięciu naczynia po wypełniaczu i adrenalinę we wstrząsie anafilaktycznym, wdraża antybiotykoterapię przy zakażeniu, a przy powikłaniach późnych dalej prowadzi pacjenta. Odpowiada za to cywilnie, karnie i zawodowo, prowadzi dokumentację medyczną, a podmiot, w którym udziela świadczeń, ma obowiązkowe ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej.

Osoba bez uprawnień nie może postawić rozpoznania ani podać leku. Pacjent z powikłaniem trafia wtedy na szpitalny oddział ratunkowy albo do placówki finansowanej ze środków publicznych. Koszty leczenia, często długotrwałego przy martwicy, bliznach czy zaburzeniach widzenia, ponosi system publiczny i sam pacjent. Dochodzenie roszczeń jest utrudnione, bo brakuje dokumentacji medycznej i obowiązkowego ubezpieczenia. Klient gabinetu kosmetycznego nie korzysta też z ochrony, którą ustawa o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta zapewnia pacjentowi.

Scena kongresowa i dyplom na ścianie gabinetu

Przekonanie o kompetencjach kosmetologów w zakresie medycyny estetyczno-naprawczej jest budowane także na kongresach, konferencjach i szkoleniach. Wydarzenia te często mają w nazwie słowo „medyczny”, występują na nich osoby będące samozwańczymi specjalistami, „zabiegowcami” lub – moje ulubione – „indżektorystami”. Program tego typu wydarzeń obejmuje zabiegi iniekcyjne lub zabiegi z użyciem wyrobów medycznych, w tym ich prezentację. Zdarza się, że osoba bez prawa wykonywania zawodu lekarza występuje jako autorytet w tej dziedzinie i uczy technik zabiegowych, a nawet leczenia powikłań. Udział w takich wydarzeniach kończy się wydaniem certyfikatu, który następnie w złotej ramce zdobi ścianę salonu kosmetycznego. W efekcie konsumenci nabierają przekonania, że takie zabiegi mogą legalnie wykonywać osoby niebędące lekarzami, a ich kwalifikacje są równoważne lekarskim. Na tej praktyce wyrosła teza o wieloletniej legalności.

„Dr n. med.” nie oznacza lekarza

Temu wrażeniu najczęściej służy sposób posługiwania się stopniem naukowym. Trzeba odróżnić stopień naukowy, zawód i uprawnienia zawodowe. Stopień naukowy potwierdza dorobek naukowy. Zawód wynika z ukończonego kształcenia i uzyskanego tytułu zawodowego. Uprawnienia lekarza wynikają z prawa wykonywania zawodu przyznanego przez okręgową radę lekarską. Stopień doktora, w jakiejkolwiek dziedzinie, nie uprawnia do udzielania świadczeń zdrowotnych.

Zgodnie z ustawą z 20 lipca 2018 r. Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce stopień doktora nadaje się w dziedzinie nauki i dyscyplinie naukowej. Dziedzina nauk medycznych i nauk o zdrowiu obejmuje pięć dyscyplin: nauki medyczne, nauki o zdrowiu, nauki farmaceutyczne, biologię medyczną oraz nauki o kulturze fizycznej. Doktorat w tej dziedzinie może więc uzyskać osoba, która nie jest lekarzem, w tym kosmetolog, zazwyczaj w dyscyplinie nauki o zdrowiu. W obrocie skraca się go do „dr n. med.”, przez co znika druga część nazwy dziedziny i dyscyplina. Skrót ma oparcie w nazwie dziedziny, ale dla przeciętnego odbiorcy brzmi tak samo jak stopień, którym posługują się lekarze.

Nie kwestionuję prawidłowo nadanych stopni ani dorobku naukowego osób, które najczęściej uzyskały je wytężoną pracą naukową. Problemem jest sposób informowania o kwalifikacjach. Jeśli w programie wydarzenia, materiałach reklamowych czy opisie prelegenta widnieje stopień, brakuje informacji o zawodzie, a całe wydarzenie ma medyczny charakter, odbiorca zasadnie zakłada, że ma do czynienia z lekarzem. Uczestnicy szkolenia lub odbiorcy tego typu komunikatów w przestrzeni medialnej, błędnie wnioskują, że dana procedura mieści się w kompetencjach osób bez prawa wykonywania zawodu lekarza. Później te same certyfikaty i stopnie pokazuje się pacjentom w gabinetach jako potwierdzenie przygotowania.

Informacja prawdziwa, ale niepełna, może wprowadzać w błąd. W relacjach z konsumentami ma to znaczenie na gruncie ustawy z 23 sierpnia 2007 r. o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym. Jeżeli zaś towarzyszy temu faktyczne udzielanie świadczeń zdrowotnych, wprowadzanie w błąd co do posiadania uprawnień jest znamieniem występku z art. 58 ust. 2 ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty.

Krzyk czy argumenty?

Na głośną kampanię łatwo odpowiedzieć podobną reakcję, ale ja uważam, że byłby to błąd. Po stronie bezpieczeństwa pacjentów stoją przepisy, stanowiska organów i wiedza o powikłaniach. Żeby to zadziałało, trzeba jednak tę wiedzę konsekwentnie przekładać na konkretne działania, zanim w debacie publicznej utrwali się przekonanie, że rację ma ten, kto mówi najgłośniej.

Samorząd lekarski, zgodnie z art. 17 ust. 1 Konstytucji RP, sprawuje pieczę nad należytym wykonywaniem zawodu zaufania publicznego w granicach interesu publicznego i dla jego ochrony. W obecnej sytuacji obejmuje ona także zabieranie głosu w debacie publicznej. Dotychczasowy kierunek regulacji warto wyraźnie potwierdzić, zanim postulaty rozszerzenia uprawnień zaczną być traktowane jako stanowisko, z którym trzeba szukać kompromisu.

Ustawodawca ma przed sobą projekt nowelizacji ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty. Jeżeli definicja wykonywania zawodu lekarza ma objąć świadczenia służące dobrostanowi pacjenta, za tą zmianą powinien pójść przepis karny. Dziś art. 58 tej ustawy odnosi się do rozpoznawania i leczenia chorób, więc rozszerzona definicja bez odpowiedniej sankcji pozostanie w dużej mierze deklaracją. Jeśli równolegle trwają prace nad zakresem kompetencji kosmetologów, powinny one określić bezpieczny zakres zabiegów niewymagających kwalifikacji medycznych, a nie przenosić procedury medyczne poza system ochrony zdrowia. Przy takich pracach powinno być jawne, kto w nich uczestniczy, kogo reprezentuje i czy jego mandat wynika z czegoś więcej niż tylko liczba lajków.

Pacjentom trzeba mówić wprost, że zabiegi medycyny estetyczno-naprawczej są świadczeniami zdrowotnymi, a uprawnienia osoby, która ma je wykonać, można w kilka chwil sprawdzić w Centralnym Rejestrze Lekarzy. Tam, gdzie dochodzi do udzielania świadczeń bez uprawnień albo do wprowadzania w błąd co do ich posiadania, konkretne i udokumentowane przypadki powinny trafiać do właściwych organów. To zadanie spoczywa na równi organów publicznych, jak i samorządu lekarskiego – bo chodzi tu przecież o dobro i bezpieczeństwo beneficjantów medycznych zabiegów estetycznych.

Debata wokół medycyny estetyczno-naprawczej będzie pewnie jeszcze głośniejsza. Pacjentka, której po wypełniaczu zamyka się naczynie, nie potrzebuje jednak happeningu ani rekordowej liczby lajków. Potrzebuje kogoś, kto może podać jej lek i wziąć za to odpowiedzialność. Taką osobą jest lekarz.