Komunikacja lekarza i pacjenta – wywiad z prof. Jerzym Bralczykiem (film)

„Panie Doktorze” bez doktoratu? Profesor nie ma wątpliwości. Gdzie kończy się zwyczaj, a zaczyna nadużycie w gabinecie lekarskim? Zapraszamy do czytania i obejrzenia wywiadu red. Andrzeja Grossa z prof. Jerzym Bralczykiem.

AG: Dzień dobry Panie Profesorze. Jesteśmy dziś na konferencji medycznej: Face & Body Winter Forum w Zakopanem. Są z nami lekarze, są z nami przedstawiciele firm medycznych, czyli takie osoby, które na co dzień posługują się lub powinny posługiwać się językiem medycznym. Pan Profesor o języku medycznym napisał książkę, co więcej – napisał Pan ją z medykiem.

JB: Tak. Dokładniej: z profesorem nauk medycznych, Arturem Mamcarzem.

AG: W tej książce omawiacie Panowie nie tylko słowa i zwroty używane w komunikacji, ale także jej formę. I wydaje się, że jest to jedna z najważniejszych rzeczy, bo wiemy, że pacjenci najbardziej nie lubią, jak lekarz przekazuje im informacje, patrząc przy tym w komputer.

JB: To jest jedna z najważniejszych rzeczy: lekarz, który wygłasza formułę, nie identyfikując się z nią. Nie myśli o tym, co akurat mówi, a powinien szczególnie myśleć. Mówmy prawdę tak, jak się mówi prawdę. To po pierwsze. mówmy, myśląc o tym, o czym mówimy, i myśląc także o kontakcie z osobą, do której mówimy. Zastanówmy się, czy pacjent mnie rozumie, czy nie. W kontakcie: lekarz – pacjent powinno być jak najwięcej zgody, porozumienia, wspólnego interesu. Ale bywa także konflikt. Przychodzi pacjent do lekarza. Czego chce? Chce usłyszeć najczęściej dwie rzeczy: po pierwsze – prawdę, po drugie, że jest zdrowy. Nie zawsze tak się uda. Jeżeli on czuje, że usłyszał prawdę i że jest zdrowy, to wychodzi usatysfakcjonowany, więc ważniejsza tu wydaje się być prawda. Ale dobrze jest zdawać sobie sprawę z tego, że pacjent postrzega swój kontakt z lekarzem jako rodzaj negocjacji, że nie jest to wspólny interes. Pacjent myśli sobie: dostałem jakieś zalecenia, ale może niekoniecznie muszę przyjmować leki rano i wieczorem? Może rano wystarczy? Oczywiście ja nie mówię teraz o medycynie estetycznej, która daje inne trochę perspektywy.

AG: W medycynie estetycznej też są zalecenia, których trzeba przestrzegać.

JB: Zachowanie pacjenta łączy się z jego przeświadczeniem o uczciwości i kompetencji lekarza. Lekarz powinien być uczciwy i kompetentny. Albo: najpierw kompetentny, a potem dopiero uczciwy, bo ludzie uczciwi nie zawsze muszą być kompetentni, a ludzie kompetentni mają pewne tendencje do nieuczciwości, także z racji swoich kompetencji. Ale lekarzowi to nie wystarczy do prawidłowego kontaktu z pacjentem. Żeby lekarz był wiarygodny, musi jeszcze budować zaufanie.

AG: Nieuczciwość o której Pan mówi, wcale nie musi być podyktowana w tej sytuacji czymś innym, niż dobro pacjenta. Jeśli lekarz widzi i wie, że pacjentowi przekazanie jakiejś informacji może zaszkodzić, na przykład doprowadzić do pogłębienia depresji, ukrycie tej informacji będzie nieuczciwe, ale – właśnie – podyktowane dobrem pacjenta.

JB: Uczciwość za wszelką cenę?. Nie jestem jej zwolennikiem. Ja nie chciałbym usłyszeć takiej „prawdy absolutnej”, jeśli miałaby choćby źle wpłynąć na mój dobrostan. Zaufanie jest założeniem, że ten, kto jest uczciwy i kompetentny, chce mojego dobra. Te trzy rzeczy tworzą dobrą atmosferę do porozumiewania się, a pomaga dodatkowo jasność myśli i precyzyjne wyrażanie się. I jeszcze coś bardzo ludzkiego: językoznawcy mówią o „sygnałach fatycznych”. Te „sygnały fatyczne”, to jest to wszystko, co definiuje kontakt. Kiedy ja mówię do Pana: „wie Pan, że…”, albo potakuję: „Aha…”, to ten kontakt między nami już jest lepszy, mimo że sam zwrot nic nie znaczy. Kiedy ja mówię „my”: np. „My tutaj coś zrobimy”…, kiedy odwołuję się do czasu i miejsca, w którym teraz jesteśmy, to jest bardzo istotne. To są elementy zwiększające naszą wspólnotę, pogłębiające nasz kontakt i zaufanie między nami. Jeżeli ja mówię, że „Na dzisiaj, w tej konkretnej sytuacji możemy zrobić to i to”, znów to zwiększa poczucie wspólnoty. My. Razem. Lekarz i pacjent. Jeżeli, z kolei, powiem: „Spróbujemy panu pomóc”, to ja nie jestem razem z pacjentem, tylko z kimś innym.

AG: A poczucie wspólnoty powoduje albo potęguje chęć współdziałania mimo, że w istocie współdziałanie jest wykonaniem zaleceń lekarza.

JB: Tak, ponieważ działamy razem: lekarz i pacjent, czyli „my”. Inna osoba nie powinna się tu pojawiać, bo ta inna osoba może nie wzbudzić zaufania pacjenta. Te zalecenia stają się nie tylko wyrażone przez lekarza, ale wspólne, bo to wtedy tworzy tak zwane „my ekskluzywne”. Mamy dwa rodzaje „my” i niektóre języki nawet gramatycznie rozróżniają „my” ekskluzywne i inkluzywne. Kiedy podczas naszej rozmowy powiem: „My, językoznawcy” to jest „my” ekskluzywne, bo mówię o sobie i kimś innym, a nie o sobie i moim rozmówcy tu i teraz. Kiedy powiem „My tutaj…”, to tworzę „my” inkluzywne. I niech to inkluzywne działa! Włączajmy pacjenta i pozwólmy zadziałać tej więzi.

AG: To teraz zapytam o coś innego: słowo, o którym chciałbym z Panem Profesorem porozmawiać, to „Doktor”. Niedawno zajmowałem się sprawą, w której Izba Lekarska uznała, że nazwa gabinetu: „Doktor (tu: nazwisko)” narusza przepisy, ponieważ właścicielem i prowadzącym gabinet lekarski był lekarz, który nie posiadał tytułu naukowego „doktora”.

JB: Jeśli to była informacja oficjalna, uwidoczniona na tabliczce, a lekarz nie miał tytułu doktora, to ja uznałbym to za nadużycie. Jeśli jednak ten sam lekarz powiedziałby o sobie i innych lekarzach: „My, doktorzy”, nadużycie byłoby zdecydowanie mniejsze. „Doktor” jest tytułem, który czasem bywa nadużywany, ale zwyczajowo o lekarzach tak myślimy i mówimy. O prawnikach też zwyczajowo mówimy „mecenas”. Są takie miejsca w Polsce, np. w Krakowie tytułowanie jest bardzo rozpowszechnione i tam mówi się do prawnika zwyczajowo „Panie Radco”, „Panie Mecenasie”, do nauczyciela mówi się często „Panie Profesorze”. To są nadużycia, ale zwyczajowe. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby pacjent zwracał się per „Panie Doktorze” do lekarza bez tego tytułu. Tak po prostu jest. Przecież nie będę mówił: „Panie Prawniku”, czy „Panie Lekarzu”. Mówienie też jest w takiej sytuacji nacechowane. Kiedy do lekarza zwracam się „Proszę Pana”, to on może uważać, że w tym momencie odbieram mu kompetencje – to, co jest powodem, że u niego jestem. Dlatego nie bacząc na to, czy on doktorem jest, czy nie, mówię „Panie Doktorze”. Chyba że jest profesorem. Wtedy mówię: „Panie Profesorze”. Takich zwyczajów jest więcej. Czy profesor tytularny to ktoś inny, niż profesor uczelniany?

AG: Oczywiście, że tak.

JB: A zwyczajowo do profesorów uczelnianych zwracamy się per: „Profesorze”, chociaż są tylko doktorami habilitowanymi. Zajmują stanowisko profesora, później odchodzą z uczelni i już nie są profesorami, bo profesorami byli tylko wtedy, kiedy byli nauczycielami.

AG: Podobnie jak z „doktorem” czy „mecenasem”, zwyczajowo pozostają już „profesorami”, choć zdarzają się i takie sytuacje, kiedy „profesorem” grono uczelniane nazywa doktora habilitowanego, który nie zajmuje stanowiska profesora.

JB: I znów: zwyczajowo nie budzi to zastrzeżeń. Ale etykietka, wizytówka, pieczątka, nadaje temu wymiar instytucjonalny i tam powinniśmy już być tym, kim jesteśmy.

AG: Tym bardziej, że w przypadku tytułów naukowych i zawodowych, a w przypadku określenia „doktor” mamy kilka znaczeń słownikowych, art. 61 kodeksu wykroczeń penalizuje przywłaszczenie stanowiska, tytułu lub stopnia, jakkolwiek w najnowszym kodeksie karą jest wyłącznie grzywna do 1000 złotych lub nagana. I należy tu wskazać, że jest to wykroczenie o charakterze formalnym. Dla ponoszenia odpowiedzialności przez sprawcę wystarczy sam fakt popełnienia przez niego czynu, nie bierze się tu pod uwagę skutku jego działań. Inną kwestią jest użycie słowa „klinika” w odniesieniu do gabinetu lekarskiego.

JB: Wiemy dobrze, że słowo „klinika” weszło także do języka potocznego. I, na przykład, kabaret może się nazywać „Klinika Zdrowego Rozsądku” i nikt tego im nie zakaże.

AG: Trudno byłoby w takim przypadku sformułować jakikolwiek zarzut związany z osiągnięciem przez kabaret korzyści z użycia określenia „klinika”. A gabinetowi lekarskiemu taki zarzut postawić można, bo użycie tego słowa jest w Polsce ściśle regulowane Ustawą o działalności leczniczej. Co więcej: orzecznictwo idzie także w kierunku ograniczenia używania przez gabinety określeń obcojęzycznych, np. „clinic”, czy „clinique”.

JB: Kiedy „kliniką” nazwiemy taki zakład, który zajmuje się leczeniem, to jest nadużycie, bo – jak Pan już zauważył – znaczenie tego słowa jest inne. To nie będzie żadna metafora, żadna forma żartobliwego wykorzystania tej nazwy, jak np. Klinika Obuwia, Klinika Reklamy. W Krakowie jest też np. Salon Łazienek i Instytut Paznokcia – także nazwy wykorzystane żartobliwie, metaforycznie.

Całą rozmowę red. Andrzeja Grossa z prof. Jerzym Bralczykiem obejrzeć można na stronie www.medycznatv.pl:

Kolejny otwarty wykład – rozmowa red. Andrzeja Grossa z prof. Jerzym Bralczykiem poświęcona językowi medycznemu oraz komunikacji lekarza i pacjenta odbędzie się 16. września 2026 podczas inauguracyjnej sesji IX Forum Leczenia Ran w Karpaczu (więcej informacji: www.flr.com.pl).