Takie pytania można usłyszeć od czasu ogłoszenia przez Ministerstwo Zdrowia minimalnych standardów przeprowadzania certyfikacji umiejętności zawodowej medycyna estetyczno-naprawcza. Co ciekawe, pytanie to pojawia się nie tyle na ustach pacjentów, co samych dermatologów. Czy wątpliwości dotyczące kompetencji lekarzy specjalistów dermatologii w zakresie medycyny estetycznej (a dokładniej medycyny estetyczno-naprawczej) są w ogóle zasadne?
Rozporządzenie Ministra Zdrowia w sprawie umiejętności zawodowych lekarzy i lekarzy dentystów, choć bardzo wyczekiwane przez lekarzy to jak się okazało otworzyło także przestrzeń do wielu wątpliwości. Pierwsze czarne chmury nad nową umiejętnością jaką jest medycyna estetyczno-naprawcza pojawiły się z końcem zeszłego roku, kiedy to ujawnił się spory chaos w zakresie procedur certyfikacji przyjmowanych przez poszczególne podmioty certyfikujące. Wśród opisanego chaosu jednym z niewielu wspólnych elementów przyjętych przez te podmioty, było założenie, że certyfikat z zakresu medycyny estetyczno-naprawczej niejako z „automatu” uzyskują specjaliści dermatolodzy posiadający odpowiedni staż pracy. Dostrzegając brak jednolitości certyfikacji, Ministerstwo Zdrowia we współpracy z CMKP postanowiło uporządkować tę kwestię opracowując minimalne standardy przeprowadzania certyfikacji umiejętności zawodowej medycyna estetyczno-naprawcza. O ile samo założenie ujednolicenia tych procedur wydaje się być świetnym rozwiązaniem, o tyle pewne szczegóły – jak się okazało – wzbudziły poważne wątpliwości.
W przeciwieństwie do wcześniej obowiązujących zasad, Ministerstwo całkowicie odeszło od modelu „automatycznego” przyznawania certyfikatów lekarzom specjalistom dermatologii. W przyjętych standardach wprost wskazano bowiem, że „uzyskanie certyfikatu umiejętności zawodowej z medycyny estetyczno-naprawcza nie obowiązuje lekarzy specjalistów dermatologii i wenerologii oraz lekarzy specjalistów chirurgii plastycznej, którzy uzyskali kwalifikacje do wykonywania procedur medycyny estetyczno-naprawczej w ramach odbytego szkolenia specjalizacyjnego”. W ten sposób prawodawca nie tylko pominął drogę automatycznego uzyskiwania omawianego certyfikatu, ale ją po prostu zamknął dla wszystkich dermatologów. Oznacza to, że jeżeli jesteś dermatologiem, to nawet nie możesz przystąpić do procedury certyfikacji. Tym samym nagle okazało się, że lekarz dermatolog, który przeszedł szkolenie specjalizacyjne, w komunikacji marketingowej ma mniejsze uprawnienia niż lekarz, który dopiero co ukończył procedurę certyfikacji i zdobył certyfikat z zakresu medycyny estetyczno-naprawczej.
Certyfikat jako mała specjalizacja
Medycyna estetyczno-naprawcza obejmuje szereg procedur medycznych, wśród których znajdują się wszystkie powszechnie wykonywane medyczne zabiegi estetyczne (z wykorzystaniem leków takich jak toksyna botulinowa, wyrobów medycznych klasy III, medycznych urządzeń laserowych, produktów krwiopochodnych, a także innych urządzeń, wyrobów medycznych i produktów leczniczych). Wszystkie te procedury nie są niczym nowym dla dermatologa, który realizuje je w ramach co najmniej pięcioletniego programu specjalizacyjnego. Zdobycie wiedzy i umiejętności w tym zakresie jest potwierdzone odbytym szkoleniem, kursami oraz zdanym egzaminem państwowym.
Pamiętajmy, że umiejętności zawodowe wprowadzone w drodze rozporządzenia Ministerstwa Zdrowia są pewnego rodzaju quasi specjalizacjami, czy nawet „małymi specjalizacjami”. Umiejętności te są albo pewnego rodzaju wycinkami specjalizacji lekarskich, albo ich charakter jest interdyscyplinarny. Założeniem wprowadzenia tych umiejętności było uzupełnienie kompetencji lekarzy, w sytuacji, gdy brakuje specjalistów z danych dziedzin medycyny. Najlepszym przykładem, który zobrazuje nam bezzasadność certyfikowania specjalistów z poszczególnych dziedzin medycyny może być m.in. echokardiografia dorosłych, która na mocy rozporządzenia Ministra Zdrowia z dnia 13 czerwca 2023 r., została uznana za umiejętność lekarską. Powszechnie wiadomo, że diagnostyka obrazowa echokardiografii jest jedną z podstawowych kompetencji lekarza kardiologa. Nie ma zatem sensu, potwierdzania tej kompetencji w przypadku tych specjalistów odrębnym certyfikatem. Osobiście nie słyszałem choćby pojedynczego postulatu ze strony kardiologów, aby umożliwić tej grupie specjalistów zdobycie certyfikatu potwierdzającego zdobycie umiejętności z zakresu echokardiografii dorosłych.
Ja osobiście, jako adwokat, nie widzę również potrzeby akcentowania – także w komunikacji marketingowej – że jestem magistrem prawa, skoro uzyskanie tego tytułu zawodowego jest podstawowym wymogiem uprawniającym przystąpienie do aplikacji adwokackiej.
Certyfikacja z jednej strony miała ujednolicić proces kształcenia w zakresie procedur medycznych w medycynie estetycznej, z drugiej strony stanowić potwierdzenie posiadanych kompetencji – na wzór posiadanej specjalizacji.
Marketing kontra kompetencje
Żyjemy w świecie, w którym autorytety kształtowane są przez social media, zasięgi i liczbę publikacji. Dla pacjenta, który szuka lekarza w internecie, nie zawsze zrozumiała może być istotna różnica między certyfikatem, a specjalizacją. Przeciętny Kowalski, może nie rozumieć, że każdy dermatolog w zasadzie posiada certyfikat z zakresu medycyny estetyczno-naprawczej. W krótkich przekazach marketingowych certyfikat jest bardziej wymowny niż specjalizacja. Jest prosty w odbiorze, konkretny, łatwy do wyeksponowania w reklamie czy na stronie internetowej.
Tytuł „certyfikowany lekarz medycyny estetyczno-naprawczej” z perspektywy pacjenta, który poszykuje lekarza do wykonania zabiegu z zakresu medycyny estetycznej, brzmi efektowniej i ma siłę marketingową, którą trudno przebić. Tymczasem „specjalista dermatologii i wenerologii”, choć kryje za sobą lata nauki, rygor egzaminów i znacznie szersze kompetencje, bywa w komunikacji z pacjentem mniej atrakcyjny.
I tu pojawia się paradoks, który dla wielu lekarzy jest źródłem – w mojej ocenie – słusznej frustracji. Dermatolog, faktyczny mistrz w zakresie estetyki skóry, diagnostyki i leczenia powikłań, nie może posługiwać się certyfikatem, którym może chwalić się lekarz innej specjalności po spełnieniu przewidzianych minimalnych standardów. Pacjent, nieświadomy hierarchii kwalifikacji, może ulec złudzeniu, że „certyfikowany” znaczy „lepszy”. To sytuacja, w której treść nagina się pod formę, a wiedza zostaje w cieniu. Oczywiście sposób przedstawienia przeze mnie problemu jest pewnym uproszczeniem, mającym na celu pokazanie absurdu. Lekarze przystępujący do certyfikacji z zakresu medycyny estetyczno-naprawczej to świetni i bardzo doświadczeni fachowcy, którzy w swojej pracy zawodowej skupiają się na konkretnej dziedzinie medycyny, dążąc do perfekcji. Dlatego intencją tego tekstu absolutnie nie jest umniejszanie kompetencji lub znaczenia jednej lub drugiej grupy lekarzy. Posiadanie certyfikatu, podobnie jak specjalizacji jest formalnym potwierdzeniem wysokich kompetencji.
Formalnie słuszne, praktycznie kłopotliwe
Z formalnego punktu widzenia rozwiązanie jest sensowne: certyfikacja ma służyć lekarzom spoza specjalizacji, umożliwiając im formalne potwierdzenie umiejętności, które dermatolog nabywa w trakcie szkolenia specjalizacyjnego. Dlatego certyfikat jest dowodem logicznego układu, a nie dyskryminacji.
Nie zmienia to jednak faktu, że z punktu widzenia pacjenta mamy do czynienia z zaburzeniem percepcji. Pacjentowi łatwiej zrozumieć proste hasło: „certyfikowany lekarz medycyny estetyczno-naprawczej”, niż zagłębiać się w znaczenie i zakres wieloletniej specjalizacji.
W świecie coraz głębszej komercjalizacji szeroko rozumianych usług medycznych, dermatolodzy tracą wizerunkowo na wprowadzonych zmianach (które oczywiście były konieczne – co do tego nie mam wątpliwości). Dlatego tak ważne jest, aby środowisko dermatologiczne lobbowało na rzecz umożliwienie lekarzom dermatologom ubieganie się o certyfikat lub umożliwienie posługiwania się jego nazwą, w ramach posiadanej specjalizacji.
Innym, bardziej pracochłonnym rozwiązaniem może być szeroka kampania edukacyjno-wizerunkowa, w której środowisko dermatologiczne, wyjaśni masowemu odbiorcy zakres i znaczenie swoich kompetencji. Co do drugiego rozwiązania mam jednak poważne wątpliwości. Czy w czasach ciągłej walki z pseudospecjalistami, naprawdę potrzebujemy kampanii informacyjnej, która może zostać odebrana jaka walka wewnątrzśrodowiskowa? Zdecydowanie nie.

adw. Michał GajdaAbsolwent Uniwersytetu Szczecińskiego, Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego oraz Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ukończył studia podyplomowe z prawa medycznego oraz prawa karnego skarbowego i gospodarczego. Członek Rady Ekspertów Parlamentarnego Zespołu ds. Medycyny Estetycznej, wykładowca Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego, pełnomocnik Koalicji Lekarzy oraz ekspert prawa medycznego przy Stowarzyszeniu Lekarzy Dermatologów Estetycznych. Autor wielu publikacji w prasie branżowej oraz prelegent konferencji naukowych poświęconych prawu medycznemu.




